“Poniedziałek zaczyna się w sobotę”, czyli pośmiejmy się i marzenie pracodawcy
sierpień 18th, 2009Niedawno nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka ukazało się wznowienie jednej z najzabawniejszych powieści SF, jakie kiedykolwiek napisano: Poniedziałek zaczyna się w sobotę Arkadija i Borysa Strugackich.
Poniedziałek zaczyna się w sobotę oraz jego sequel – Bajka o Trójce – odbiegają od innych utworów braci Strugackich. Odbiegają od tych najbardziej zapadających w pamięć, może najlepszych, do których z pewnością wrócimy innym razem, obiecuję. Nie odbiegają jednak poziomem, skądże – różnią się nastrojem i przesłaniem. Takie powieści, jak Piknik na skraju drogi, Przenicowany świat, Żuk w mrowisku czy Fale tłumią wiatr mogą śmiało konkurować o tytuł najsmutniejszej książki SF (a może książki w ogóle?). Natomiast Poniedziałek zaczyna się w sobotę razem z Lemowskimi Dziennikami gwiazdowymi i Cyberiadą oraz cyklem o Wielkim Guslarze (np. Wielki Guslar wita obcych czy Pieriestrojka w Wielkim Guslarze) Kira Bułyczowa to według mnie najdoskonalsze „rozśmieszacze” SF. No, ewentualnie mogę jeszcze spojrzeć przychylnym okiem na opowiadania Henry’ego Kuttnera – zwłaszcza te o rodzinie mutantów, bo dzieje wiecznie pijanego wynalazcy Gallaghera mniej mnie śmieszą. W ogóle za to nie bawi mnie Pratchett czy Douglas Adams. Jakoś dziwnie właśnie autorzy polscy i rosyjscy trafiają najbardziej do mojej – bo nie mam odwagi uogólniać, że polskiej – duszy…
Wróćmy do Poniedziałku (dodam jeszcze, że ze względu na przywiązanie opieram się na przekładzie Ireny Piotrowskiej, wydawnictwo Cypniew, Łódź 1996).
Programista Sasza Priwałow jedzie na wakacje. Po drodze podwozi autostopowiczów, którzy koniecznie chcą mu się odwdzięczyć za przysługę. Robią to, załatwiając Priwałowowi nocleg. No i zaczyna się. Pojawiają się dziwne osoby i istoty, dzieją się dziwne rzeczy… A w końcu Sasza zostaje zatrudniony w INBADCZAM-ie, czyli Instytucie Czarów i Magii…
W Poniedziałku zachwyca kilka wątków. Przede wszystkim niesamowicie po prostu ukazane zderzenie magii z rzeczywistością – inaczej niż w cyklu o Harrym Potterze. Tu zderzają się światy jeszcze bardziej odległe: magia i nauka oraz magia i biurokracja. Zwłaszcza to ostatnie jest źródłem najbardziej humorystycznych sytuacji. Dyrektor administracyjno-gospodarczy Modest Matwiejewicz Kamieniojad to wcielenie wszelkich kierowników administracyjnych, zaopatrzeniowców o duszy kaprala czy pań z dziekanatu. Tu świetnie sobie radzi z zarządzaniem magicznymi przedmiotami – owszem, pracownicy robią mu dowcipy, ale mimo wszystko człowiek taki jak on, o umyśle buchaltera i biurokraty, zadziwiająco łatwo przyjmuje „magiczność” swojej firmy, choć jest wedle powszechnego mniemania absolutnym ignorantem. Kamieniojad po prostu przetworzył sobie wszelkie niesamowitości na własny skodyfikowany i ponumerowany światek. Uwielbiam scenę, w której Priwałow zostaje przeszkolony przed sylwestrowym dyżurem. Same konkrety: nie dopuszczać do samozapalania, zakląć demony przy wejściu i wyjściu (oczywiście demony Maxwella, ale jednak demony – cudowny smaczek…), nikogo nie wpuszczać – ma nie być żywej duszy, znajdujący się na specjalnej liście zmarli pracownicy w imię zasług mogą na terenie zakładu przebywać… I uwielbiam życzenia noworoczne w wykonaniu Modesta Matwiejewicza: „W moim własnym imieniu oraz w imieniu administracji życzę panu w nadchodzącym Nowym Roku jednakiego powodzenia w pracy i w życiu osobistym”. Ech, może już wystarczy – cała książka obfituje w moje ulubione sceny.
Zachwycają postaci – energicznie, żywo nakreślone. Wzmiankowany już Modest Matwiejewicz, babka Naina Kijewna Horynycz, późniejsi kumple Saszy – chamski często Witek Korniejew, kulturalny Edek Amperian oraz Roman Ojra-Ojra. Wyrafinowany Christobal Junta. Łagodny szef Janus Poliektowicz. Wybiegałło, którego antypatyczność przejawia się nawet w niechlujnym wyglądzie i śmierdzącym kożuchu. Bawią mnie do łez scenki z postacią drugo-, a może trzecioplanową – dozorcą wiwarium, wampirem Alfredem. Przepraszam – starszym wyzwolonym wampirem, cokolwiek to znaczy.
No i wątek dla pracodawców – wszyscy (no, prawie wszyscy) pracownicy INBADCZAM-u kochają swoją pracę. Myślą tylko o niej, czas wolny spędzają w pracy. Jakoś głupio im spędzać czas na zabawach, flirtach, odpoczynku. Poniedziałek dla nich zaczyna się w sobotę. Sasza Priwałow bez wahania porzuca swoją pracę i poprzednie życie dla arcyciekawej pracy w INBADCZAM-ie. Owszem, są jednostki obijające się w pracy, ale… osobników takich łatwo rozpoznać po owłosionych uszach. Oczywiście leserzy golą sobie uszy, dlatego szefowie powinni z uwagą przyglądać się uszom pracowników… Nie, nie, zapędziłam się – takie prawa natury obowiązują tylko w INBADCZAM-ie.
Niestety, książka ma jedną wadę, wspólną wszystkim książkom braci Strugackich: kończy się w najbardziej nieoczekiwanym momencie, kiedy człowiek chciałby jeszcze i jeszcze… No cóż, dla fanów jest jeszcze Bajka o Trójce, trochę słabsza, w której jednakowoż spotkamy znajomych bohaterów, a także napisana przez Siergieja Łukjanienkę kontynuacja pt. Krzątanina w czasie – można ją znaleźć w tomie Światy braci Strugackich. To już nie całkiem to, w dodatku od nazw i nazwisk w przekładzie Eugeniusza Dębskiego aż bolą zęby.
Na szczęście Poniedziałek można czytać, czytać, czytać…
Pozdrawiam
I.
